Autostopem po słonecznej Hiszpanii! cz. 1

Jako że moje myśli całkowicie zdominował temat podróży, z pewnością będzie miało to duże odzwierciedlenie na moim blogu, więc od razu przepraszam za monotematyczność.  Wiem już na pewno, że w październiku jadę na Majorkę! Tak bardzo się cieszę, że wrócę do Hiszpanii! Półwysep Iberyjski odwiedziłem już w zeszłym roku. Brałem udział w bardzo popularnym Autostop Race 2014 do Walencji. Była to niesamowita przygoda, którą polecam wszystkim! 

 Moim celem nie była wygrana w wyścigu, dlatego prawdziwy autostop zaczął się dla mnie dopiero w Hiszpanii, dokładnie w Barcelonie Gironie przy wyjeździe z lotniska. Pamiętam, że asfalt aż skwierczał od nadmiaru słońca. Mój autostop zacząłem dosyć pechowo, ponieważ z moją dziewczyną ustawiliśmy się przy złym wyjeździe z ronda. Staliśmy przy nim tylko 10 minut ale to i tak o 10 za dużo. Przez ten czas uprzedziły nas inne autostopowiczki, które złapały autostop jako pierwsze.

Gdy stanęliśmy już przy właściwej drodze, na nasz samochód-wybawcę czekaliśmy ok. 45 minut. „Czekaliśmy” to skromnie powiedziane. Przez ten czas machaliśmy do samochodów tabliczkami, tańczyliśmy, podskakiwaliśmy, uśmiechaliśmy się z całych sił. Wszystko po to, by przekonać kogoś do zabrania nas do właściwej Barcelony. Wreszcie zatrzymał się jakiś biały samochód dostawczy. Klaudia aż wywróciła się ze szczęścia, po czym pobiegła do samochodu. Ja wziąłem nasze walizki, zapakowałem je do środka, Klaudia weszła do środka. Zatrzasnąłem przesuwnę drzwi, a sam zostałem na zewnątrz. I tu chwila grozy! Gdy próbowałem otworzyć przednie drzwi, by zająć miejsce obok kierowcy, odkryłem że są zablokowane! Przez kilka sekund pomyślałem, że ledwo co złapałem stopa i już uprowadzają mi dziewczynę! Na szczęście tak się nie stało. Drzwi okazały się zepsutę, a kierowcą okazał się pracownik lotniska. Jego praca polegała na obsłudze dwóch lotnisk; Barcelony – Girony i Barcelony El Prat. Szczęśliwie, jechał tam, gdzie zmierzaliśmy.

W Barcelonie czekała na nas rodowita Hiszpanka, którą poznaliśmy przez organizację AEGEE. Właśnie u niej doświadczyliśmy prawdziwej, hiszpańskiej gościnności. Dziewczyna właściwie nas nie znała, nie mogła wiedzieć kim do końca jesteśmy, czy jesteśmy uczciwi itp. Łączyło nas z nią jedynie członkostwo w międzynarodowej organizacji studenckiej.  Mimo to dała nam klucze do jej własnego mieszkania, tak abyśmy w każdej chwili mogli z niego skorzystać, zostawić rzeczy, przebrać się. Naprawdę wykazała się dużą ufnością w stosunku do nas! Spędziliśmy u niej jeden dzień.

Przez ten czas zwiedziliśmy najważniejsze punkty w Barcelonie: Park Guell, Sagrada Familia, La Rambla itp.: Duże wrażenie zrobiła na mnie Sagrada Familia. Na zewnątrz, ta świątynia wygląda tak,jakby była ulepiona z piasku. Mogłoby się wydawać, że wystarczy lekki deszczyk, by zmyć ją z powierzchni ziemi.Od wewnątrz, Sagrada wzbudza zgoła odmienne wrażenie: duża, chłodna przestrzeń ma człowiekowi przypominać o jego maleńkości względem Boga.

La Rambla tętni życiem. Tłumy ludzi, sprzedający w przyulicznych sklepikach Hiszpanie, gwar, pęd, chaos – tak określiłbym atmosferę tej ulicy. Można porównać ją do zakopiańskich Krupówek pomnożonych przez 10 albo 100. Na La Rambla zjadłem coś, co podobno jest lokalnym przysmakiem, mianowicie suszone mięso ze świńskiego uda zapakowane niczym popcorn w rożku. Troszkę galaretkowate i słone ale bardzo smaczne.  Polecam!

Następnego dnia obudziliśmy się o 5.00 rano. Z centrum Barcelony pojechaliśmy metrem, a potem autobusem na El Prat. Popatrzcie jaką obciachową fotkę udało mi się strzelić Klaudii! Dziecko kwiatów! 😀

Wydawało mi się, że stojąc pod lotniskiem szybko uda nam się złapać autostopa do Walencji. Może i rzeczywiście ludzie stamtąd jeżdżą samochodami do Walencji, ale trasa przy El Pracie jest tak ruchliwa, że nikt się tam nie zatrzymywał. Po 2 godzinach łapania stopa usiedliśmy zrezygnowani przy jakimś skrzyżowaniu, schowaliśmy wymazane markerami kartony, nawet mapę – poziom morale był bliski zera. Wściekłych na siebie i sytuację w jakiej się znaleźliśmy, uratował samochód, który dosłownie zatrzymał się przed naszymi nosami. Siedząca w pojeździe kobieta uchyliła szybę i zapytała po angielsku: „Jesteście autostopowiczami? Gdzie jedziecie?”  My na to: „Do Walencji”.  Okazało się, że samochód należał do dwójki Holendrów, którzy spieszyli się do Szpitala w Barcelonie, czyli jechali w zupełnie inną stronę. Specjalnie dla nas Holendrzy zawrócili i podrzucili na trasę wiodącą wzdłuż południowego wybrzeża, prowadzącą przez Saragozzę, do Walencji. Byliśmy w niebo wzięci takim obrotem sprawy!

Już niedługo kolejna część opowiadania o szalonej podróży autostopem po Hiszpanii!! 😀